wkurwiony

Wkurwiający cykliści

Wpieniają zarówno zbytnie nooby, jak również ci za bardzo "pro" i "tró". Pierwsi, bo rowery wyciągają w słoneczne niedziele, często stadnie, przyczyniając się do zamętu na ścieżkach rowerowych. Kierownice im latają z prawa na lewo, nie potrafią zmieniać przerzutek, robiąc to w złym momencie, hamują albo za ostro, albo za słabo. Jeżdżą na marketowych góralach lub starych składakach. Grupowe wycieczki, często z dziećmi, są praktycznie niemożliwe do wyprzedzenia. Jeżdżą obok siebie, zatrzymują się co krok i urządzają dłuższe pogawędki na środku ścieżki. A że marketowy sprzęt często się psuje, cały "peleton" porusza się w żółwim tempie. W takich sytuacjach przekonuję się do ulicy.

A wystarczyłoby jeździć nie od święta, tylko codziennie, nawet na małych dystansach i zgrać się z rowerem jak pilot z samolotem lub jeździec z wierzchowcem. Po niedługim treningu pewne odruchy przychodzą automatycznie, zwiększając naszą pewność na drodze. Teraz jestem w stanie jedną ręką wpasować się między słupki, patrząc się do tyłu :D

Druga grupa to tzw. "profesjonaliści", którzy zaczynali jeszcze przed Szurkowskim. Ich pompka jest droższa niż cały twój rower, a spod markowej lycry nie widać kawałka ciała. Taki nigdy nie zjedzie ci z drogi, a wyprzedzać będzie w pełnym galopie, "na chusteczkę". Nadepnij (albo najedź) mu na odcisk, to pośle ci spojrzenie Terminatora, często żałując nawet pyskówki. On tu jest królem szos, nie po to ma sprzęt o wartości średniego samochodu, by mu byle kto podskakiwał. Do tej pory myślałem, że tylko samochód jest dla wielu samców przedłużeniem penisa, ale jak widać - rower też może (choć podobno źle wpływa na potencję). Zdecydowanie sympatyczniejsi, choć równie upierdliwi, są niedzielni cykliści. Przynajmniej próbują ustąpić miejsca na drodze, co z tego, że powodują przy tym niezły karambol. Ale lepiej widzieć popłoch w oczach i ludzkie "przepraszam" niż zostać spiorunowanym wzrokiem przez "polskiego pseudo-Armstronga".