wkurwiony

Nie każdy musi mieć dzieci...

"Nie lubię osób, które z wygodnictwa nie chcą mieć dzieci, jak twoja ulubienica, Olga Lipińska" - stwierdziła moja, na szczęście już była partnerka.

 Lipińską bardzo cenię, zwłaszcza za genialną publicystykę, która obnaża chamstwo, kołtuństwo i bigoterię naszych rodaków, a w dodatku jest pisana kwiecistym, dowcipnym językiem. Tak samo, jak p. Olga walczę z hałasem (felieton „Będę strzelać”), śmieceniem w lesie i zaniedbywaniem  wychowywania dzieci, zarówno przez rodziców, jak i przez społeczeństwo („Nieznośna pajdokracja”). Olga Lipińska jest wszechstronną publicystką, poruszającą istotne społecznie problemy, i dlatego jest mi niezwykle bliska.

 Ale do rzeczy.

Czy nieposiadanie dzieci jest faktycznie wygodnictwem? A nawet jeśli, to czy nie mamy do tego prawa? 

 Dla mnie świadoma rezygnacja z rodzicielstwa jest dowodem dojrzałości i odpowiedzialności. Lepiej stwierdzić „nie chcę mieć dzieci, nie nadaję się do tego” niż potem kisić je w beczkach po kapuście, rzucać o próg albo przez okno, trzymać w klatkach, piwnicach, topić, dusić etc. Zresztą, nawet bez tak drastycznych przykładów - na niechcianym dziecku wystarczy wyżywać się psychicznie, by skrzywić mu osobowość na całe życie. I po co?

Lepiej przyznać się otwarcie przed sobą, że mamy inne priorytety, niż wyrządzić całożyciową krzywdę bezbronnej, zależnej od nas istocie.

Zawsze przerażała mnie kondycja dziecka z tą łatwością bycia zranionym, oszukanym, wykorzystanym, pozostawaniem na łasce wszystkich dorosłych, brakiem możliwości samostanowienia itp.  Słowem - masakra. Dorosły może odpysknąć, dać w mordę, uciec, wytknąć nieuczciwe chwyty w dyskusji, iść do sądu etc. A dziecko... musi polegać na dorosłych, nie zawsze uczciwych...

Poza tym, czy każdy musi być rodzicem, a jak rezygnuje z rodzicielstwa, staje się niepełnowartościowym człowiekiem?

Realizować się można na wielu płaszczyznach i Olga Lipińska wybrała reżyserię, scenografię i publicystykę, gdzie odnosi spektakularne sukcesy. Jej matka nie mogła poświęcić się swej muzycznej pasji, gdyż musiała wychowywać dwie córki, co unieszczęśliwiło ją na długie lata. Podobnie Wanda Rutkiewicz - kochała góry i poświęciła się tej pasji aż po kres, przypłacając to życiem. Wyobraźmy sobie teraz, że osierociła dwójkę dzieci, jak Jerzy Kukuczka. Pominę już długie nieobecności w domu i świadomość dzieci, że są zawsze na drugim miejscu przed górami oraz... że na swój sposób unieszczęśliwiają rodziców...

 Do tego dochodzi kolejny, skrzętnie pomijany aspekt. Niewygodna prawda jest taka, że w dzieci bardzo dużo inwestujemy, po czym w pewnym momencie tracimy na nie wpływ, zaczynają żyć własnym życiem, zakładają swoje rodziny i coraz bardziej się od nas oddalają. Jest to zresztą zgodne z prawami natury, w przyrodzie rodzice często przeganiają swoje podrośnięte młode, aby nauczyły się samodzielnego życia.  Doskonale rozumiem ludzi, którym taka inwestycja się nie uśmiecha.

Ktoś powie - a potem na starość żałują. Jedni faktycznie, ale inni bardziej żałują, że całe swoje produktywne lata poświęciły osobie, która w efekcie kopnęła ich w tyłek. Każdy kij ma dwa końce. Jeśli instynkt rodzicielski nie jest przyrodzony i nie u każdych rodziców uaktywnia się po narodzinach dziecka, to lepiej, by takie osoby dzieci nie miały. Podobnie, jeśli mam słabą koordynację ruchową i brak podzielnej uwagi, lepiej bym nie był kierowcą - dla dobra swojego i innych uczestników ruchu.

 Traktowanie dzieci jako zabezpieczenia na starość, choć z jednej strony zrozumiałe, z drugiej jest dość wątpliwe etycznie. Można to uznać cedowanie socjalnych funkcji państwa na własne potomstwo, które będzie miało w dorosłym życiu wystarczająco własnych problemów, by jeszcze holować rodziców za sobą. To, co otrzymaliśmy od rodziców, oddajemy, ale w przód, gdy sami zostajemy rodzicami. Dobrze, gdy wspieramy starych rodziców, natomiast nie powinno być to ich jedyne wsparcie, lepiej podzielić je między ZUS i OFE.

Tak więc, pomimo swoistej "pajdokracji" w naszym kraju i fiksacji znacznej części społeczeństwa na dzieciach, dajmy ludziom wolność wyboru i odstosunkujmy się od ich życia. Niech dzieci mają ci, którzy mają do tego predyspozycje, a ci, którym intuicja podpowiada, że są do czego innego stworzeni, niech żyją własnym życiem. Bo może to ci dzieciaci będą żałować nieprzespanych nocy, pieluch, kaszek, godzin przy garach, lekcjach i steranego życia bez symbolicznego "dziękuję"...