wkurwiony

Terror czytelniczy, czyli kolejna histeria...

 Zawsze byli ludzie głodni wiedzy i ludzie tegoż głodu pozbawieni. Dawniej, gdy książki były głównymi źródłami wiedzy (pomijając kino i gazety, a dla jajogłowych - archiwa), czytelnictwo było powszechne, wręcz nałogowe. Ludzie czytali w parkach i tramwajach, często w każdej wolnej chwili, zwłaszcza, że mieli zdecydowanie więcej czasu niż obecnie. Dziś mamy wiele rozmaitych możliwości pogłębiania wiedzy – internet, filmy, centra nauki, pokazy, wystawy – zatem książka stała się jednym z nich i to nienajlepszym. Czytanie „papierowe” wymaga wolnego czasu (co najmniej paru godzin przez kilka dni), miejsca w domu i wolnego umysłu (trudno skupić się na książce, gdy głowę zaprząta nam miliard rzeczy). Zresztą samo przeszukiwanie setek stron papieru nie może równać się z Google, gdzie wystarczy kilka stuknięć w klawiaturę – i mamy tysiące tekstów, zdjęć filmów dotyczących zagadnienia, często zresztą pochodzących z zeskanowanych wydań papierowych. Świat jest zbyt zróżnicowany, by całą wiedzę zawrzeć w papierze, zresztą niedostatki tekstu papierowego – cena, trudność aktualizacji, problemy z dystrybucją  – sprawiają, że internet jest w wielu wypadkach bezkonkurencyjny.

Tak więc akcje typu „nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka”, „papieros po? - dziękuję, po seksie czytam” - uważam za śmieszne, coś w rodzaju „słoń a sprawa polska”. Niech bibliofile pielęgnują zabytkowe papierowe wydania, a pokolenie geeków i nerdów eksploruje blogosferę i przekopuje się przez zasoby internetu. Te dwa światy nie muszą się wcale zwalczać.

W podstawówce chłonąłem książki na metry, niezależnie od tego, czy była to mitologia grecka, młodzieżówki Niziurskiego i popularnonaukowe o historii, fizyce, chemii i medycynie :) Potem poszedłem na studia (historia), więc lektur miałem w bród (po 12-18 na egzamin co roku + do ćwiczeń co tydzień po kilkadziesiąt stron, pominę już og-uny i fakultety) - dlatego po godzinach wolałem pójść na rower, kajak, strzelnicę, do warsztatu - zamiast męczyć sobie i tak nadwątlony wzrok. Teraz, jak pracuję na etat, rzadko kiedy starcza mi czasu na parę godzin czytania, wiedzę czerpię z internetu, filmów, rozmów z ciekawymi ludźmi - i wcale nie czuję się gorszy od nałogowych czytelników! Choć nadal w weekendy albo jak obrobię wszystko w domu i znajdę chwilkę, to przysysam się do lektur. Lubię ładne wydania dzieł ulubionych autorów i dobudowuję w pokoju kolejne metry półek. Nie zastąpią mi ich ani audiobooki, ani e-booki. Lubię dotyk papieru, jego zapach, zakładki w tekście itp. Tym niemniej, gdy chcę uzyskać na cito schemat rentgenoradiometru DP-75... użyję Google, obejrzę filmik z pracy tego urządzenia i podzielę się na forum opiniami, kupię egzemplarz na Allegro, wybiorę się na dzień otwarty do NCBJ w Świerku... a na deser sięgnę do klasycznego papierowego podręcznika dozymetrii :)

 Każda przesada i nachalne propagowanie czegoś wywołuje efekt bumerangowy - czyli zamiast zachęcać – zniechęca. Pominę już mieszanie do tego sfery erotycznej, wystarczą gołe panie reklamujące co popadnie.

I na koniec. Samo czytanie to nie wszystko. Znam wiele osób, które przeczytawszy tony książek, intelektualnie są na poziomie podstawówki. Czytany tekst trzeba przede wszystkim rozumieć – a jak ktoś jest tępy, to nawet przeczytanie Biblioteki Kongresu mu nie pomoże. I odwrotnie - mądrej głowie dość dwie słowie :)